Plan Szatana – Inni, lecz tacy sami, rozdział I

Rozdział I 

 

– Mamo! Dlaczego tak mówisz o tacie? – oburzył się jedenastoletni Walerian, spoglądając smutno ciemnymi oczami na swoją mamę. Siedziała przy małym kuchennym stole, rękami zasłaniając głowę.
– Co takiego? – zdziwiła się kobieta i popatrzyła wilgotnymi oczami na synka. – Nic nie mówiłam…
– Ale ja słyszałem, jak cicho wyzywasz tatę za to, że znowu się spóźnia i nie odbiera telefonu – powiedział chłopiec, zmieszany.
– Przesłyszałeś się, Walerianku. Nic nie mówiłam. Wracaj do siebie. – Pani Atkizofska zrobiła głęboki oddech i przetarła oczy. Podeszła do Waleriana i przytuliła go, zastanawiając się: Skąd wiesz, o czym myślałam i to słowo w słowo? 
Gdy kilka chwil później chłopiec wchodził do swojego pokoju, zrobiło mu się niedobrze i prawie upadł. Mama podbiegła do niego, przestraszona.
– Mamo, tacie coś się stało! – krzyknął pewny swego Walerian, przerażając mamę jeszcze bardziej.
– Jak to? Synku, co ty mówisz?!
W tym momencie zadzwonił telefon. Policja. Tata miał wypadek samochodowy – trafił właśnie do szpitala.

 

***

 

– A gdzie twoja mama? – spytał Eugeniusza jeden z chłopców, z którymi szedł do klasy szkolnej za przydzieloną im nauczycielką. Był to ich pierwszy dzień w szkole podstawowej, dopiero co zakończyło się rozpoczęcie roku szkolnego. Rodzice małych uczniów zostali na zewnątrz budynku, czekając na powrót swoich dzieci z krótkiego spotkania informacyjnego.
– Nie wiesz, gdzie jego mama? – zaśmiał się ironicznie inny siedmiolatek, mocno szturchnął idącego bez słowa Eugeniusza. – Pewnie znowu gdzieś na ulicy! Słyszałem, jak tata widział panią Słabą pod sklepem, piła coś i krzyczała na każdego.
Chłopcy zaczęli się śmiać, wytykając nowego kolegę palcami. On zaś szedł obok, ze spuszczonym wzrokiem, mając na sobie brzydkie ubranie galowe po starszym bracie. Wstydził się tego, jak wyglądał i tego, jak się nazywał. Od chwili wyczytania jego nazwiska podczas apelu, większość zgromadzonych powtórzyła cicho Słaby? lub z wyrazem politowania spojrzała w jego kierunku.

 

*** 

 
Gdy chłopiec spojrzał w brudne lustro w łazience w jesienny poranek, pomyślał, że jeszcze śpi. Wtedy do łazienki wpadł Krzysiek, brat Eugeniusza.
– Chłopie, co ci się stało? – przestraszył się nastolatek, zapominając w ułamku sekundy, po co wszedł. Wpatrywał się oszołomiony w oczy brata.
– Też to widzisz? – Eugeniusz spojrzał ponownie w lustro i zamrugał mocno. – Co mi się stało?
Oczy dziesięciolatka nie miały już brązowej barwy, jak jeszcze wczorajszego wieczoru. Rozjaśniły się aż do czerwieni. Obaj chłopcy widzieli dokładnie, jak tęczówki dalej się zmieniają. Stawały się coraz bardziej krwiste, mimo że ani jedna żyłka w oku nie pękła. Sama źrenica zdawała się być intensywniej czarna. W połączeniu z krwistą czerwienią wokół oczy wyglądały coraz to mroczniej…
Kilka dni wcześniej Eugeniusz narzekał na ból głowy i wciąż słyszał hałaśliwe głosy. Nikomu nic nie mówił, wydawało mu się, że ma przesłuchy. Teraz nie wiedział już, co o sobie myśleć.
– Kurczę, może lepiej nie idź dzisiaj do szkoły. Matka i tak już wyszła gdzieś pić, możesz spokojnie tu zostać. Może ci to minie. – zaproponował Krzysiek.
Eugeniusz bez słowa pokiwał energicznie głową i wybiegł z łazienki. Zawołał z pokoju:
– Tylko nikomu nie mów!
– Nie bój się, nikomu ani słówka nie pisnę, bracie!

 

***

 

– Eugeniuszu, biedactwo… – mówił nieznajomy cicho, beznamiętnie. Stał tuż przed siedzącym pod ciemnym murem zapłakanym chłopcem. Spoglądał w jego krwiste oczy z rosnącym poczuciem triumfu. W oddali słychać było pierwsze grzmoty burzy zbliżającej się do miasta.
– Taki młody… A już na ulicy i osamotniony… Matka wyrzuciła cię z domu, brata pobiła i zamknęła w domu, aby nie poszedł ci pomóc. A inni ludzie już dawno się od ciebie odwrócili, bo jesteś biedny, dziwny. Teraz już boją się tego, kim się stałeś, chociaż jeszcze niedawno wyśmiewali się, że jesteś słaby. Tak, boją się ciebie! I możesz udowodnić im, że ten strach jest słuszny. Możesz przecież wszystko, a na pewno chciałbyś im pokazać…
– A co mam zrobić? – spytał szeptem Eugeniusz. Na jego dziecięcej wciąż twarzy pojawiła się chęć zemsty za to wszystko, co go spotkało. W ułamku sekundy zniknął z niej smutek pomieszany ze wstydem i przerażeniem.
Chłopiec podniósł się nagle na równe nogi i spojrzał prosto w oczy nieznajomego mężczyzny w czarnej pelerynie. Nie widział jego twarzy, jedynie żarzące się czerwienią oczy niczym jego własne, na tle ciemności.
– Tak, pokaż światu, kim się narodziłeś, a kim stałeś się dzisiaj. Zgaś nadzieję w tych, którzy cię osądzili, którzy cię wyśmiewali, odpychali i poniżali. Odbierz duszę i życie wszystkim, którzy cię skrzywdzili i tym, którzy będą stawać na twej drodze. Nie będzie już w tobie strachu ani litości, będzie tylko żądza krwi i odbierania dusz. Jesteś już gotów, by rozpocząć tę właściwą drogę. Idź przed siebie, gasząc wszelkie nadzieje, zabierając życie, pozostawiając mrok i cierpienie. Urodziłeś się potężny, ja czynię z ciebie wszechpotężnego. Od teraz jesteś cząstką mnie i będziesz miał moc, za pomocą której będziesz robił tylko to, do czego cię stworzyłem.

 

Nieznajomy znienacka schwycił szyję chłopca chudymi, ale silnymi dłońmi. Ścisnął z całych sił. Eugeniusz wrzasnął z bólu i próbując uwolnić się z lodowatego uścisku, czuł narastające uczucie spadania. Chociaż dalej stali w miejscu, chłopiec odnosił realistyczne wrażenie, że spada w bezkresną przepaść. Przed oczyma miał mroczną twarz nieznajomego mężczyzny, pełną przerażającego zadowolenia.

 

Nagle ból ciała i uścisk na szyi zniknął. Chłopiec upadł na kolana na chodnik, dysząc. Zamrugał, zdezorientowany. Był sam w tej ciemnej uliczce, a nad jego głową zbierało się coraz więcej burzowych chmur. Kilka potężnych piorunów rozszyło niebo, oświetlając bladą twarz Eugeniusza. Silne grzmoty wstrząsnęły miastem, po czym spadły pierwsze grube krople deszczu.
– O tak… – szepnął Eugeniusz zmienionym głosem, bardziej męskim i mroczniejszym. – Nie jestem już Eugeniuszem Słabym. Nigdy nie byłem słaby i nigdy nie będę. Dziś, w moje dziesiąte urodziny, stałem się Wszechpotężnym, wysłannikiem Szatana, pana zła, śmierci i ciemności. Odtąd nikt mnie nie powstrzyma przed przygotowaniem mu drogi do zwycięstwa.

 

Ciało chłopaka rozbłysło krwistoczerwoną energią. Wstał z zadowoleniem wymalowanym na twarzy mokrej od deszczu i rozejrzał się. Uśmiechnął się złowrogo, dostrzegając tuż za rogiem wysoki blok mieszkalny, skąd wypędziła go własna matka zaledwie kilka godzin wcześniej. Wówczas tajemnicza energia otaczająca chłopca zniknęła, a wraz z nią i on sam – rozpłynął się w powietrzu. W tej samej chwili kolejne błyskawice przecięły czarne niebo. Wkrótce z potężnym hukiem grzmotów zmieszały się kobiece wrzaski. Ulewa stawała się coraz silniejsza, ulice miasta tonęły w nadmiarze deszczówki, lecz nad ranem po burzy nie pozostała ani jedna chmurka. Pierwsze promyki słońca ujawniły ulice ociekające wodą oraz kilka martwych ciał.

 
 

Jak wrażenia? To początek pierwszego rozdziału mojej powieści pod tytułem Inni, lecz tacy sami z trylogii Mutotytani. Kolejne fragmenty będę publikować prawdopodobnie co 2 tygodnie. Chyba że będziecie chcieli częściej. 🙂

 

W wersji pisanej ręcznie już dawno skończyłam wszystkie trzy tomy trylogii i leżą w szafce od ładnych 10 lat (dopiero teraz sobie uzmysłowiłam, że pierwszą książkę napisałam tak dawno temu, jeszcze w gimnazjum). Od długiego czasu powstaje jej elektroniczna i ostateczna wersja. Już parę lat temu można było przeczytać pierwszy rozdział, wciąż dostępny na moim chomiku na chomikuj.pl, jednak wersje trochę się różnią. Być może dawno bym skończyła tę książkę, do której mam wielki sentyment, ale gdy byłam na etapie 12 rozdziału w bodajże 2013 roku, zepsuł mi się komputer i wszystko przepadło… Trochę czasu minęło, nim wróciłam do początku. Potem miałam przerwę na urodzenie Zuzi i pierwsze miesiące jako mama. W zeszłe wakacje zabrałam się do pracy, dzięki czemu mam już 19 rozdziałów. Niestety, nie umiem jej wciąż skończyć. A już bardzo bym chciała. Pierwsza wersja wydawała mi się zbyt dziecinna – w końcu miałam 14-15 lat, gdy ją pisałam. Ale chyba wrócę do niej, szlifując ją na lepszą, doroślejszą wersję. Tylko czy mam dla kogo to zrobić? Poza tym, że dla siebie?

 

Jeśli wpisy z fragmentami książki będą chętnie czytane i będziecie prosić o ciąg dalszy, będę mieć większą motywację. Dajcie mi kopa! Chętnie przyjmę konstruktywną krytykę. Może też dzięki Waszym komentarzom do późniejszych fragmentów, napiszę lepsze zakończenie niż zrobiłabym to bez Waszych opinii. W końcu chciałabym, żeby ktoś chciał to przeczytać z przyjemnością. Może kiedyś uda mi się wydać tę i inne książki, które czekają w rękopisach w szufladzie?

 

Jestem Ania, nieidealna matka, kucharka samouk oraz roztargniona blogerka.
Bloguję, bo kocham dzielić się swoimi przepisami i poradami kulinarnymi i rodzicielskimi. Bloguję, by odetchnąć od domowych obowiązków i rozwijać siebie. Bloguję, by pokazać innym, na czym to polega. Bloguję, bo to moja pasja.

Cały czas się uczę i w kuchni, i w blogosferze. Mam nieskromne plany zajmować się blogowaniem całe lata i to zawodowo.
Bez Ciebie, Czytelniku, mi się nie uda. Dziękuję więc, że ze mną jesteś.
Miłego dnia!

Spodobał Ci się wpis? Podaj dalej!