Dziś odetchnij, zwolnij i poczytaj dla przyjemności kolejny fragment mojej powieści.
Przy okazji pochwalę się decyzją, że w tym roku zabiorę się za dokończenie książki. I wiem już, gdzie i jak ją wydać 🙂 Trzymaj kciuki!

Poprzednie fragmenty przeczytasz tutaj:

I rozdział:
  1. Plan Szatana
  2. Skrzydła
  3. Morderca
II rozdział

***

Trzy lata później zimową porą w swoim rodzinnym Gniewkowie profesor Walerian spotkał czternastoletnią Lilię. Stała przerażona przy krawędzi ulicy i płakała, patrząc na mężczyznę leżącego nieopodal na chodniku.
– Co się stało? – wołali ludzie dookoła. Ktoś przykucnął przy nieprzytomnym, podczas gdy jakaś kobieta podeszła do Lilii.
– Nic ci nie jest? Widziałam, jak szedł na ciebie z takim paskudnym wyrazem twarzy… – mówiła z przejęciem.
– Złapał mnie za rękę. Przestraszyłam się, a on krzyknął. Poczułam mrowienie w dłoniach. On upadł, nie puszczając mojej dłoni… Musiałam się wyrwać. Ale nie wiem, co się stało… – Lilia była w szoku i mówiła, jakby ją zaprogramowano.

Walerian przechodził właśnie tamtędy, więc podszedł do ciemnowłosej dziewczyny i zabrał ją z miejsca zdarzenia. Telepatycznie sprawił, że się go nie bała i pozwoliła zabrać, gdyż nie chciał publicznie rozmawiać z nią o tym, co się właśnie stało. Objął jej ramiona, świadomie unikając bezpośredniego kontaktu z jej skórą. Czuł – jak zawsze, gdy w pobliżu był mutant – dziwną energię emanującą właśnie z tej dziewczyny, wyjątkowo silną i miał wrażenie, że jej ciało naprawdę coś wytwarza. Po chwili marszu zmalało jednak i pozostało odczucie takie jak zawsze.

– Lilio… Powiedz mi, co czujesz w dłoniach – zapytał nastolatkę, kiedy znaleźli się na innej ulicy, sami.
– Mrowienie, ciągłe mrowienie… – jęknęła Lilia. – Co to jest? A… kim pan jest?!
– Jestem profesor Walerian Atkizofski. Nie wiem, co się dzieje w twoich dłoniach, ale wiem, co to powoduje.
– Profesor Atkizofski? – Lilia szeroko otworzyła oczy. – Widziałam pana w telewizji…
– Możliwe – Mężczyzna uśmiechnął się i dodał – Chodźmy do twoich rodziców. Trzeba z nimi porozmawiać. Powiedz mi, czy miałaś to mrowienie wcześniej?
– Kilka razy. Raz jak dotknęłam pilota, zrobiło się w nim spięcie! W moich rękach spalił się od środka… Czy ja mam tu prąd?
– Możliwe, że wytwarzasz ładunki elektryczne i posyłasz je dalej, gdy coś dotkniesz. Sprawdzimy to w bezpieczny sposób. Jeśli faktycznie tak jest…
– To nie będę mogła nikogo dotykać! – przeraziła się nastolatka. – Ale jak to w ogóle możliwe? Jak ja to robię?
– Spokojnie. Wszystko ci wyjaśnię.

 

***

 

Lilia Febrzeskan wprowadziła się do Instytutu Atkizofskiego zaraz po Sylwestrze, dwa tygodnie od spotkania profesora. Zaczęła się uczyć panować nad tym, co odkrył w niej profesor Walerian – zdolność wytwarzania ładunków elektrycznych siłą woli w swoich dłoniach. Mogła posyłać je dalej, poza swoje ciało, przy fizycznym kontakcie z dowolnym przewodnikiem prądu, czyli także z człowiekiem. Po paru tygodniach konieczności unikania dotykania innych ludzi, aby nie wyrządzić im krzywdy, kiedy to nosiła rękawiczki, udało jej się nie dopuszczać do samoistnego wytworzenia prądu. Co prawda, jeszcze przez jakiś czas zdarzało się, że prąd niekontrolowanie pojawił się w jej dłoni (raz oberwało się Filipowi, gdy podawał jej książkę). Jednak radziła sobie coraz lepiej.

Podobnie jak Miranda Szczemen i Filip Kaselski, wszyscy żyli w miarę normalnie. Jednak wiedzieli, że zawsze będą się odróżniać, skoro zaszła w ich organizmie mutacja, a gen GA nadał im nowe umiejętności. Teraz im już to nie przeszkadzało. Dzięki miłej atmosferze i opiece wspaniałego nauczyciela, profesora Atkizofskiego, uwierzyli w siebie i nie bali się tego, kim są. Oficjalnie byli zwyczajnymi młodziakami i mieszkańcami Instytutu, pojmowanego w okolicach jako swego rodzaju prywatny internat połączony z indywidualną placówką badawczą.

Równo rok później profesor Walerian poznał Aleksego Pieprzyk, ciemnowłosego dwunastolatka o szmaragdowych oczach. Okoliczności tego spotkania były bardzo przykre. Walerian spotkał chłopaka w centrum Gdańska pod szpitalem, gdy bez kurtki i czapki siedział na zaśnieżonym chodniku, cichutko płacząc.
– Co się stało, chłopcze? – przestraszył się profesor, ale nie musiał już o nic pytać. Uczucia chłopca były tak intensywne, że telepatia wychwyciła je w jednej chwili.
Przed paroma minutami matka chłopca zmarła na raka na sali szpitalnej, a on uciekł stamtąd przerażony i zrozpaczony. Siedział i płakał, wiedząc, iż nie ma już nikogo, że został całkiem sam. Nie wiedział, co zrobić – ojca nie znał, teraz stracił matkę, a nie miał żadnej innej rodziny.

Walerianem wstrząsnęło. W oczach zabłysły mu łzy, gdy uświadomił sobie prawdę. Zdjął kurtkę i otulił nią chłopca, który trząsł się cały z płaczu i z zimna. Przytulił go. Dziecko nie odepchnęło nieznajomego, wręcz przeciwnie, przytuliło się doń, czując ciepło jego dobrego serca. Podświadomie błagał o pomoc.
– Spokojnie, Aleksy. – rzekł profesor, gładząc jego głowę. – Pomogę ci, nie zostaniesz sam. Nie płacz, dziecko…

Profesor Walerian zorganizował pogrzeb i nie dopuścił, by Aleksy trafił do domu dziecka. Po kilku tygodniach uzyskał prawo do opieki jako rodzina zastępcza dla chłopca. Tak więc Aleksy zamieszkał w Instytucie, gdzie mógł na nowo odnaleźć przyjaźń i miłość. Tam wychowywał się dalej, dorastał. Dzięki nowym przyjaciołom i opiekunom otrząsnął się z tragedii, jaka go spotkała.

Już w dniu poznania Aleksego profesor Walerian wiedział, że jest on mutantem i lada chwila ujawni się w nim jakaś nadnaturalna umiejętność. W wieku trzynastu lat chłopak zaczął emitować z otwartej dłoni szmaragdową jak swoje oczy energię, którą czerpał z otoczenia. Na początku jego dłonie jaśniały, za każdym razem coraz silniej, promieniując także ciepłem. Po wielu miesiącach chłopak nauczył się wytwarzać strumienie zielonej mocy, niebezpiecznej dla innych, destrukcyjnej. Wciąż ćwiczył panowanie nad nią, podobnie jak Miranda. Parę razy o mały włos nie ujawnił się w szkole, na szczęście było coraz lepiej.

 

***

Z upływem czasu naukowcy z całego świata uzyskiwali coraz więcej nowych informacji z prowadzonych badań nad tajemniczym genem GA. Posiłkowali się wynikami kolejnych badań profesora Waleriana, w których opisywał zaobserwowane już oraz przypuszczalne interakcje tegoż genu z całością materiału genetycznego człowieka. W świecie nauki pojawiały się stopniowo głosy, iż mutanci, za sprawą genu GA, mogą posiadać bardziej niezwykłe zdolności niż przykłady z pracy doktorskiej Atkizofskiego. Jednak mało który mutant zgadzał się na publiczne ujawnienie swoich możliwości. Zaś ci, których odmienność odkryto w czasie badań, musieli podać wszystkie istotne dla badaczy informacje. Poznano więc wielu o zdolnościach co najmniej dziwnych, jak i użytecznych.

Fizycy musieli się podjąć przedefiniowania podstaw fizyki, jaką znano lub dopasować do niej swoje obserwacje. Niemniej, wszelkie dane pozostały tylko do wiadomości naukowców i tajnych służb państwowych. Pilnowano, aby zbyt wiele faktów nie wyciekło do mediów. Przewidywano reakcję społeczeństwa i jej skutki. Niestety, nie dało się zbyt długo utrzymać w tajemnicy podstawowego, niezbitego dowodu na to, iż ewolucja gatunku ludzkiego trwa. Naukowcy z różnych zakątków Ziemi byli zgodni – liczebność mutantów wzrasta z każdym rokiem i wynika z procesu ewolucji, który trwa nieustannie od pierwszych chwil istnienia człowieka. Rozpoczęto prace badawcze mające na celu odkopanie historii ewolucji naszego gatunku w ciągu minionych stuleci, aby sprawdzić, od kiedy w genach człowieka istnieje ten jeden, ale jakże ważny, gen GA.

Były dni, gdy profesor Walerian poważnie zastanawiał się, czy nie ujawnić swojej telepatii innym naukowcom. Coś go przed tym blokowało, coś w podświadomości, czego nie mógł odgadnąć. Razem z przyjacielem omawiał tę sprawę wielokrotnie, jednak żaden nie wiedział, co zrobić, aby zrobić dobrze.

Tymczasem w mediach pojawiało się coraz więcej spekulacji na temat mutantów, szczególnie w mediach internetowych mniejszej rangi. Nawet najmniejsze plotki i domysły wygłaszane w sieci rozchodziły się błyskawicznie, więc co jakiś czas urywały się telefony w Instytucie Atkizofskiego. W końcu to on był odkrywcą genu GA i tego, kim są ludzie, którzy się z tym genem narodzili.

Walerian nie odbierał już żadnego telefonu od nieznanego numeru, odsłuchując na żywo lub po jakimś czasie kolejne nagrania. Dostatecznie dużo czasu stracił na bezwartościowe rozmowy z osobami, które wmawiały sobie, iż mogą zostać super herosami. Większość z nich nie potrafiło tak naprawdę niczego, doszukując się niezwykłości w typowych umiejętnościach bardziej utalentowanego czy wyćwiczonego człowieka. Wśród kolejnych różnych dziecinnych pytań, jak i głupich wybryków, pojawiały się jednak sensowne pytania lub prośby o kontakt. Tylko dlatego profesor nie zamknął się na telefony od społeczeństwa i pozwalał się znaleźć w sieci internetowej. Wierzył, że uda mu się poznać kolejne osoby obdarzone przez naturę genem GA, aby pomóc tym, którzy pomocy potrzebowali. Niektórym wystarczyła pomoc na odległość, spotkania, rozmowy, ale dalej pojawiały się wyjątkowe młode osoby, którym pomoc była potrzebna na dłuższą metę i wprowadzali się do Instytutu Atkizofskiego.

Czternastoletni Piotrek Otyma, dwa lata młodszy od Lilii, pojawił się w Instytucie Atkizofskiego po tym, jak jego rodzice zgłosili się do profesora Waleriana. Poprosili go o pomoc, gdyż pewnego dnia nastolatek obudził się z zakrwawionymi, obolałymi dłońmi, z których zamiast palców wyrastało pięć dłuższych niż palce brązowych, twardych i bardzo ostrych pazurów. Były to szpony niczym u drapieżnego ptaka. Poruszając nimi, Piotrek przekonał się, że pazury stały się niezwykłą osłoną dla palców i mimo swej twardości, nie krępowały ruchów. Chłopak widział i czuł, że te pazury stanowią część jego ciała, ale tego nie rozumiał. Jego rodzice także. Co więcej, po kilku godzinach od pierwszego pojawienia się szponów, Piotrek odkrył, że mogą wniknąć w skórę w ciągu zaledwie ułamka sekundy niczym krem.

Profesor wyjaśnił chłopakowi i jego rodzinie, co się stało. Zaś w kolejnych miesiącach, w Myszelicach, uczył chłopaka przemieniać skórę w twardą zbroję, chroniącą całe dłonie aż po łokcie. W tych miejscach Piotrek aktem woli sprawiał, że skóra twardniała, w mgnieniu oka stając się podobną do pancerzy skorupiaków, lecz o wiele wytrzymalszą. Zakończenie palców zmieniało się w szpony, niezwykle ostre i niemal nie do złamania. Z oddali rzucał się w oczy kolor rąk – ciemnobeżowy, lekko brunatny, a do tego jej nienaturalna gładkość i matowość. Mimo zgrubiałej skóry nastolatek nie odczuwał żadnego dyskomfortu, gdy już się oswoił ze swoją zdolnością. Wręcz nie czuł że jego ręce się przemieniają. Skóra była dostatecznie elastyczna, mimo swej twardości, pozwalała ciału oddychać i poruszać się jak zawsze. Chroniła za to skutecznie przed zranieniem się, oparzeniem czy niebezpiecznymi substancjami.

Pół roku później do Instytutu wprowadziły się dwie dziewczyny. Najpierw pojawiła się kruczowłosa Zosia Kaczerma z Wrocławia, sięgająca czternastych urodzin nastolatka. Sama zgłosiła się po pomoc do profesora po tym, jak podpaliła namiot. Okazało się, że jej ciało absorbuje całą powierzchnią skóry wszelką energię z otoczenia. Jednocześnie zamieniała ją w tak silną energię cieplną, że od razu podpalały się lotne składniki powietrza w pobliżu ciała dziewczyny, a nawet dużo dalej. Energia wytwarzana przez ciało dziewczyny była najsłabsza tuż przy jej ciele, więc ogień pojawiał się dopiero kilka centymetrów od skóry i ubrania. Im silniejszą energię emitowało ciało, tym szybciej i mocniej rozpalało się powietrze. Wokół Zosi pojawiały się więc płomienie, którymi – jak się okazało po kilku tygodniach – potrafiła dowolnie manipulować. Kilkukrotnie energia wytworzona przez ciało dziewczyny stała się na tyle silna, że podpaliło się zarówno ubranie, jak i wszystko w promieniu ponad metra. Na początku sytuacja była bardzo niebezpieczna, ogień pojawiał się bez udziału woli Zosi, która jeszcze nie wiedziała, jak nad tym panować. Na szczęście obyło się bez ofiar zarówno przed trafieniem do rezydencji Atkizofskiego, jak i w trakcie zamieszkiwania w niej. Miesiące ćwiczeń pomogły jej zacząć spać spokojnie bez obaw, że spali kiedyś dom.

Zaledwie trzy tygodnie później do profesorów zgłosiła się mama innej czternastolatki, brązowowłosej Oliwii Krzewińskiej. Pewnego dnia jej córka spadła z tarasu w ich piętrowym domu w okolicach Poznania. Nie w wyniku zabawy przy balustradzie. Po prostu stała sobie przy stoliku i w pewnej chwili grunt zniknął jej pod nogami, jak opowiadała rodzicom. W jednej chwili spadła i uderzyła w trawę ponad dwa metry niżej. Potłukła się i doznała szoku, na szczęście nic jej poza tym nie dolegało. Niezrozumiałe jednak było to, że spadła przez podłogę tarasu, jakby tej nie było – po prostu przez nią przeniknęła. Profesor wyjaśnił, że ciało dziewczyny potrafi fazować, czyli przenikać przez inne przedmioty. Podczas pobytu w Myszelicach nauczył Oliwię kontrolować i używać zdolności siłą woli, żeby ciało nie działało samorzutnie. Raz Oliwia wyleciała z kabiny prysznicowej w Instytucie i wylądowała na kafelkach w łazience. Mało brakowało, by przeleciała przez sufit, spadając na podłogę w kuchni poniżej. Za to nabiła sobie dużego siniaka na pośladku.

Nie trwało długo, gdyż zaledwie po dwóch miesiącach, do Instytutu Atkizofskiego zadzwonił chłopak w wieku trzynastu lat, czarnowłosy Krzysiek Papierski z Olsztyna. Prosił o wsparcie, gdyż zaczynał unosić wszystko wokół siebie bez użycia rąk i nie umiał sobie z tym poradzić. Okazało się, że posiadał te same zdolności, co zmarły Artur: telekinezę, nad którą trzeba było zapanować. Od samego ujawnienia się zdolności była ona naprawdę imponująca, potrafił unosić nawet sporych rozmiarów przedmioty wyłącznie siłą woli, także na dużych odległościach. Z biegiem czasu nastolatek odkrył, że może unieść sam siebie. Zaczął unosić się wbrew grawitacji i lecieć tak długo, na ile starczało mu sił. Wyzwalanie mocy telekinezyjnej pochłaniało równie dużo energii, co ciągłe bieganie, z początku męczyło wyjątkowo szybko. Mieszkając w Instytucie, chłopak mógł swobodnie latać i unosić inne rzeczy, a nawet kolegów czy koleżanki i to bez obaw, że zobaczą to niepowołane oczy.

 

***

Spodobał Ci się wpis? Podaj dalej!