Dawno już nie publikowałam dalszych fragmentów mojej wciąż niedokończonej książki Inni, lecz tacy sami. Dalej też brakuje mi motywacji i czasu, by ją ukończyć. Ciekawa jestem, czy Ci się podoba? Nie każdy lubi science fiction, ale ciekawa jestem ogólnego odbioru… Daj mi znać, co myślisz o tym, zatytułowanym Jak ze złota, jak i o poprzednich fragmentach. Zachęcam Cię, byś zaczęła czytać właśnie od wcześniejszych tekstów (jeśli dotąd tego nie robiłaś), inaczej nie wszystko tutaj będzie dla Ciebie zrozumiałe.

Miłej lektury!

 

Poprzednie fragmenty przeczytasz tutaj:
I rozdział:
  1. Plan Szatana
  2. Skrzydła
  3. Morderca
II rodział
  1. Decyzja

 

***

Świeżo upieczony magister chemii, Alan Romuski, miał przed sobą pierwszy dzień pracy w szkole. Zawsze marzył o nauczaniu młodzieży. Podczas praktyk w technikum zapominał o całym świecie, prowadząc pasjonujące lekcje chemii. Uczniowie słuchali go jak zahipnotyzowani, z entuzjazmem wykonywali doświadczenia i podchodzili do tablicy, by rozwiązać równanie chemiczne. Miał nadzieję, że nowi uczniowie w tym roku równie chętnie będą pracować na lekcjach, które miał prowadzić już jako nauczyciel. Jednak nie miał się czego obawiać, gdyż na jego widok uczniowie, z którymi pracował przed rokiem, podskoczyli z radości. Kilku podeszło do niego, zanim dotarł do pokoju nauczycielskiego i pytali, czy będzie ich uczył w tym roku.

 

W czasie trzeciej lekcji z kolejną klasą pierwszą technikum pan Alan czuł się coraz swobodniej. Pod koniec lekcji zaczął się jednak mocno pocić na całym ciele, jakby kończył maraton długodystansowy. Nie wiedział, co się z nim dzieje – poczuł drżenie pomiędzy skórą a mięśniami, raz w rękach, raz w nogach, a nawet na twarzy. Zbladł, co rzuciło się w oczy paru uczniom, którzy skończyli zapisywać, co mieli przygotować na kolejne spotkanie.
– Czy wszystko w porządku? – spytał cicho wysoki, bardzo szczupły nastolatek. Patrzył z rosnącym zmartwieniem na nauczyciela.

 

Wtem zabrzmiał dzwonek. Część uczniów od razu poderwała się z krzeseł, pakując swoje rzeczy.
– Do zobaczenia w piątek, nie zapomnijcie się przygotować. Będziemy robić kilka eksperymentów. – powiedział głośno pan Alan, ukrywając rosnące osłabienie. Uśmiechnął się delikatnie, żegnając wychodzących uczniów.
Paweł nie wstał i nie szykował się do wyjścia. Patrzył na nauczyciela, jakby wahając się, co ma zrobić.
– Idź, to tylko chwilowe – rzekł chemik bez przekonania. Dotarło do niego, że słyszy myśli chłopaka, chociaż zawsze unikał otwierania swego umysłu na innych. Teraz poczuł, iż ich dwóch coś łączy, ale nie umiał odgadnąć, co dokładnie.
– Panie Romuski, pan… Niech pan idzie do domu. Robi się pan coraz bledszy – powiedział Paweł, wstając.
– Dziękuję za troskę – pan Alan uśmiechnął się i wstał ostrożnie.
– Gdzie pan mieszka? – spytał Paweł po chwili ciszy.
– Słucham? – nauczyciel nie wiedział, czy dobrze słyszy. Pytanie wydawało się całkiem nie na miejscu.
– Zabiorę pana do domu, a potem zaniosę dziennik. Powiem, że musiał pan wyjść z powodu zasłabnięcia.
Nastolatek był pewny siebie. Stanął obok nauczyciela, czekając na adres.
– Mokotów – odparł pan Alan i podał chłopakowi dokładny adres swojego mieszkania. Paweł położył dłoń na ramieniu Romuskiego i zamknął oczy. W następnej sekundzie obaj zniknęli, przenosząc się blisko trzy kilometry poza szkołę. Pojawili się w jednym z pokoi małego mieszkania.

 

– Dziękuję – pan Alan od razu opadł na kanapę. – Nie wiem, jak to możliwe, ale teleportowałeś nas tutaj… Niesamowite.
– Czy mógłby pan zachować to dla siebie? – spytał Paweł z lekkiem niepokojem.
– Jasne, że tak! Wierz mi, ja też wolę nie ujawniać swoich zdolności, o ile nie jest to konieczne.
– Pan też coś potrafi? – podchwycił nastolatek. – Myślałem, że tylko ja jestem inny…
– Oj, wierz mi, że takich jak my, jest o wiele więcej. Przecież na ziemi jest siedem miliardów ludzi! – pan Alan uśmiechnął się. Jednak poczuł się gorzej – jego skóra zaczęła pulsować, przy czym piekła nieznośnie. – Wracaj do szkoły i nikomu nic nie mów. Jeszcze porozmawiamy o tym. Dziękuję za pomoc.
Paweł pokiwał głową i zniknął, aby pojawić się z powrotem w szkole. Zabrał z klasy dziennik i klucze i ruszył do pokoju nauczycielskiego.

 

Ledwie pan Alan został sam, zaczął się pocić jeszcze mocniej niż parę minut wcześniej w szkole, za to wstąpiły w niego nowe siły. Siedział z zamkniętymi oczami, przeczekując dziwny atak. Jednak trwał dłużej i okazało się, że to, co spływało strużkami po ciele, wcale nie było bezbarwnym potem. Mężczyzna spojrzał na swoje ręce. Nie uwierzył własnym oczom.
Po całym ciele rozchodziła się nieznana półpłynna substancja o barwie ciemnego złota, lekko połyskująca. Wydawała się uchodzić z porów skóry, przylegając do ciała cienką, równą warstwą, a potem pokrywając także ubranie. Romuski wstał odruchowo, czując, że to samo dzieje się na jego twarzy. Prędko poszedł do łazienki i stanął oszołomiony przed lustrem, opierając ręce o umywalkę.
Każdy skrawek skóry, także powieki, usta i uszy oraz ubranie i buty pokryte były delikatnie lśniącą substancją. Wydawało się, że w lustrze odbija się posąg z czystego złota.
– Co to jest? – szepnął nauczyciel i zaczął dotykać powłoki na swojej skórze.

 

Nie czuł jej ciężaru, nie krępowała jego ruchów, pozwalała oddychać skórze – pokryty metalem padłby już z braku tchu. Pod naciskiem warstwa złocistej substancji odkształcała się tak jak skóra. Była tak samo miękka, elastyczna i rozciągliwa, lecz gładsza i pozbawiona włosów, ponieważ je pod sobą ukryła. Pokryte nią ubranie stało się nieco cięższe, a przy tym zyskało te same cechy co skóra.
Mężczyzna sięgnął palcem do ust, sprawdzając, czym jest to, co z niego powstało. Nie poczuł nic, a raczej pusty smak wody, przy czym nie potrafił zerwać zębami ani kawałeczka tajemniczej warstwy. Była elastyczna i wytrzymała, a ugryziony palec nie bolał nawet przy drugiej próbie.
Nagle w głowie Alana zakręciło się, jakby ruszył znienacka na karuzeli. Osunął się na ścianę, ledwo trzymając się na nogach. Wtedy poczuł, że okrywająca go substancja, odrywa się od niego. Patrzył na siebie samego, widząc odpryskujące drobiny, zasypujące całą łazienkę. Zdziwił się jeszcze bardziej, gdy złociste kuleczki przemieniły się w wodę! Kilka sekund później stał oparty o ścianę, a w całym pomieszczeniu było mokro – zupełnie jakby wykąpany pies otrzepał się dopiero co z wody. Ciało i ubranie mężczyzny powróciło za to do normalnego stanu, on sam patrzył przed siebie zdumiony.
– Czy nie mógłbym być normalnym facetem? – mruknął z lekkim żalem.

 

***

 

Z końcem listopada Walerian z przyjaciółmi zaczęli myśleć o tegorocznych świętach Bożego Narodzenia. Pierwszy raz mieli spędzić je w nowym domu, w Myszelicach. Zaprosili już rodzinę – Ładek z żoną Marellą i dwuletnim już synkiem Carisio planował przyjechać jeszcze w połowie grudnia, zaś rodzice braci Atkizofskich oraz rodzice Błażeja zgodzili się przyjechać w Wigilię. Jedynie rodzice Mirandy nie chcieli przyjechać, więc zapowiadały się dla niej pierwsze święta w zupełnie innym gronie.

 

W pierwszym tygodniu grudnia doktor Walerian został zaproszony, by poprowadzić gościnne wykłady na Uniwersytecie Warszawskim. Chętnie pojechał, by podzielić się swoją wiedzą ze studentami pierwszego roku biologii i pokrewnych kierunków. Opowiedział im o odkrytym przez siebie genie GA i zależnościach występujących pomiędzy wszystkimi genami w DNA człowieka.
Alan Romuski także uczestniczył w spotkaniu, gdyż był to wykład otwarty. Po zakończeniu podszedł do Atkizofskiego, prosząc o rozmowę w cztery oczy. Udali się więc do małego gabinetu, jaki uczelnia udostępniła tego dnia wykładowcy. Zanim tam dotarli, Walerian już wiedział, że spotkał kolejnego telepatę.

 

– Panie Atkizofski… – zaczął nauczyciel, gdy usiedli w gabinecie. – Czy… czy pan też…
– Tak, też mam telepatię. – odparł uprzejmie Walerian, uśmiechając się. – Obaj wyczuliśmy, że ją mamy, to naturalne i nie da się pominąć. Proszę, mów mi, Walerian.
– Dziękuję – Alan uśmiechnął się. – Przyjechałem na twój wykład, bo przeczytałem całą pracę doktorancką i chciałem się upewnić, czy to, co potrafię, wynika z posiadania genu GA. Czułem, że zostawiasz otwartą furtkę, opisując, jakie mogą być efekty współdziałania tego genu z innymi genami.
– Tak. Na razie opinii publicznej nie chcę mówić wprost, co może mutant, człowiek taki jak my. Z pewnymi faktami trzeba się oswajać stopniowo, zaczynając od najmniej szokujących…
Romuski opowiedział o sobie i o swoich umiejętnościach. Zademonstrował na dłoni wydzielanie złocistej substancji, którą po chwili strzepnął, opryskując podłogę czystą wodą. Podzielił się też wynikami szczegółowych badań i wnioskami.
– Czegoś takiego nie ma w przyrodzie, a przynajmniej nikt na coś podobnego dotychczas nie natrafił. To obca wydzielina, ale niegroźna i do tego ma niezwykłe właściwości. Sprawia, że do pewnego stopnia nie czuję bólu, nie zranię się. Dlatego nazwałem ją immunitas. Jest odporna na różne temperatury. Nie zmieniła swej postaci nawet pod wpływem ognia czy podczas zamrożenia. Jest elastyczniejsza od kauczuku, nietoksyczna, bezwonna, bezsmakowa… Nie wiem jeszcze, jak powstaje, ale to wytwór warstwy podskórnej i wydostaje się przez pory. Teraz panuję nad tym. Tylko siłą woli wytwarzam ją, ale przez pierwszy tydzień… Cieszę się, że mam to już za sobą.

 

***

 

Podczas dalszych badań nad wpływem genu GA oraz nad całym DNA pobranym z centrum próbek materiałów genetycznych, Walerian odkrył coś rewolucyjnego. Całkiem przypadkiem stworzył sposób na zwalczanie choroby AIDS na poziomie molekularnym bez względu na wiek chorego czy stadium choroby. Dzięki pewnym działaniom w genomie mógł wprowadzić do organizmu schemat działania w chwili zarażenia wirusem HIV – stworzył naturalną odporność na działanie tego wirusa. Teraz to układ immunologiczny niszczył wirusa, a nie on jego, także na etapie poważnego postępu choroby – objawy natychmiast ustępowały, organizm samoistnie się regenerował i unieszkodliwiał resztki wirusa. Okazało się wkrótce, że AIDS staje się chorobą w pełni uleczalną, a zarażenie wirusem dla nikogo nie będzie już groźne.

 

Gdy Walerian opublikował wyniki badań i potwierdził je w kolejnych badaniach na zgłoszonych do testu chorych – otrzymał nominację do Naukowej Nagrody Nobla i w przyspieszonym tempie uzyskał tytuł profesora. Wkrótce został laureatem Nagrody Nobla, zyskując jeszcze większe poważanie w świecie nauki, a jego nazwisko poznał cały glob. Za jego sprawą rozpoczęto działania podobne do szczepień na grypę – przygotowano wiele ośrodków, do których zgłaszali się chorzy na AIDS oraz nosiciele wirusa HIV.

 

W międzyczasie Miranda odkryła, że jej dłonie mogą coś jeszcze – posiadła zdolność usypiania ludzi oraz zwierząt. Z początku dotyk jej dłoni mógł spowodować senność u tego, kogo niechcący dotknęła w głowę. Po kilku tygodniach zdolność była już na tyle silna, że mogła uspać nawet na wiele godzin. Pod opieką Waleriana kontrolowała tę zdolność, aby nie wykorzystywać jej inaczej jak tylko siłą woli. Nie mogła przecież pozwolić, by wszystko działo się samoczynnie, jak kiedyś. W dalszym ciągu ćwiczyła zresztą kontrolę nad przemianą energii otoczenia w wybuchową broń.

Błażej, który był już magistrem konstrukcji maszyn i urządzeń, studiował dalej w tym kierunku w Gdańsku na studiach doktoranckich. Jako pracę magisterską stworzył projekt oryginalnego pojazdu lotniczego docelowo jako środek komunikacji miejskiej, a później także do celów prywatnych. W czasie starań o doktorat, niespełna rok po uzyskaniu profesorium przez przyjaciela, rozpoczął prace nad budową prototypu pewnej maszyny. W czasie letnich wakacji pomagał mu w tym projekcie Ładek, spędzając wakacje w rezydencji Waleriana w Myszelicach wraz z Marellą, synkiem Carisio i roczną córeczką Ariettą.

 

Koniec rozdziału II

 

 

zdjęcie: Photo by MUILLU on Unsplash

Spodobał Ci się wpis? Podaj dalej!